piątek, 8 listopada 2013

Fani Jeziora, 360 km, 19.07.2013 r.

Poranek, jak co dnia. Nad Sewanem stalowoszare niebo. Nasza podróż ma być dzisiaj łagodna, mamy objechać po prostu jezioro, szukając dookoła bliżej niesprecyzowanych staroci. Jedziemy i gapimy się na wodę, za wodą na góry, obserwujemy zmiany po spektakularnym spuszczeniu wody z jeziora - obniżyło się wówczas o 1,5 m, co przy tak dużej powierzchni daje niesłychane ilości wody! Szukamy więć śladów, gdzie było i gdzie go nie ma, wyobrażamy sobie nie wiadomo co. Myśli za dużo nie ma. Głowa odpoczywa, przewietrzona naturą, rozległymi widokami, takimi het, panie, poza duszą. Świszczy nadal.
Nasze pierwsze zetknięcie z sewańskim śmietnikiem zostawiamy za sobą, by za chwilę, po opuszczeniu bardziej zaludnionego obszaru, zobaczyć kilka naprawdę pięknych miejsc.


Monastyr na półwyspie można zwiedzać tak o. Przynajmniej żadnych praw do niego nie czuje ondulowana, smętna pani, w małej budce z pamiątkami. Kupujemy magnesy na lodówkę z granatem zamiast biletów. I tak jest sprawiedliwie. Jedziemy i chwilę dalej wyłania się słońce. Zakurzona droga wiedzie wzdłuż brzegu, kolory są ceglasto - beżowe, plus niebieski w odcieniach błękitu iście paryskiego. Tankujemy na bardzo pierwotnej stacji benzynowej po czym w szczerym polu, o ile można tak nazwać to pustkowie, stajemy jak wryci przy straganie z wędzonymi rybami. Z malej, zakopconej ziemianki wyłazi sprzedawca i brudnymi, tłustymi rękami chce nam wpychać do ust kawałki wędzonych dzwonek, uśmiecha się od ucha do ucha i nalega. I weź mu wytłumacz, że mięsa nie jesz, żeby się nie obraził. Chłopaki kupują po pstrągu *tak naprawdę to nie wiadomo po czym, i jeszcze na odjezdnym dostają po rybce suszonej, która miażdży ilością soli i intensywnym zapachem.
Na przepięknej plaży, z widokiem takim, że zapiera dech, po kolana w wodzie, stoi stado krów.


Pan w sklepie, widząc, że wydajemy ostatnie 100 dram na jednego lawasza, w postaci cieńkiego jak naleśnik placka, podchodzi i z uśmiechem kupuje nam jeszcze dwa, żeby było dla każdego po jednym (Waldek został przy motorach, więc go nie wliczył). Chwię rozmawiamy, mówi, że do Karabachu mamy może z 50 km i że bardzo tam jest spokojnie, wbrew obiegowej opinii. Troszkę byśmy chcieli tam pojechać, ale świadomość, że musimy powoli wracać, nie pozwala nam na taką dzidę, choć teraz, z perspektywy kilku miesięcy myślę, że mogliśmy to zrobić spokojnie. Wracając do sklepu, jest to supermarket z koszykami. Po przeciwległej stronie niż regały, stoi tonir i na bieżąco są w nim wypiekane chleby. W całym sklepie przepięknie pachnie.


Wschodnia strona Sewanu jest coraz bardziej dzika. Przepiękne góry spływają prosto do rozścielonych pod nimi łąk, a na łąkach kwitną setki kwiatów. Łany żółtych malw bujają się na wietrze, bo dość silnie wieje. Tutaj już jest chłonięcie z otwartą buzią, odwracam głowę i widzę bezkres, zakurzony ogon ciągnie się za nami, jak smok.
Nasza trasa zbiega się z linią kolejową, mój zakręt na podróż koleją jest spory i marzy mi się taka wycieczka w przyszłości. Jakiś czas jedziemy równolegle do torów, później odbiajamy w lewo, by spędzić trochę czasu w bezruchu, na plaży, jak prawdziwi wczasowicze. Polną drogą przecinamy ukwiecone i pachnące łąki, jedziemy tak chwilę na brzeg i wpadamy w środek ormiańskiego pikniku, z bardzo dużymi oczami. Dzieci zatykamy cukierkami i jedziemy jeszcze kawałek wzdłuż brzegu, by sobie wzajemnie nie przeszkadzać. Przed nami podlatuje co parę metrów dudek, dalej nad wodą kołuje czapla. Jest niemożlwie kiczowato pięknie.


Po sjeście nadciągają znad wierzchołków gór chmury, które spływają w dół, w stronę jeziora. Robi się chłodno - nic dziwnego, te góry to trzytysięczniki, my sami kąpaliśmy się prawie na dwóch tysiącach. Wskakujemy w cieplejsze ubrania i jedziemy, a majestat mijanych miejsc potęguje widok kołujących orłów. Na bezkresnym stepie widzimy człowieka na koniu zaganiającego stado, rodzą się nieuzasadnione tęsknoty. Jedziemy jak zaczarowani.


Bliżej cywilizacji robi się ponuro. Zastanawia nas fakt rozlicznych, nigdy nie dokończonych budynków. Z wyglądu przypominać by mogły komunistyczne, wycudowane kurorty, jednak coś przerwało ich powstanie i straszą pustymi otworami okiennymi. Koło się zamyka, koniec naszej wyprawy dookoła Sewanu, zjeżdżamy doliną w doł, a przydrożne tablice informują nas o armeńskim bursztynowym szlaku. Historycznie trzeszczy w powietrzu, wyobraźnia szaleje, ale serce pika jakoś nieswojo - za chwilę pojedziemy w różne strony - Srebrni do Gruzji do przyjaciół, my - przez Turcję, do domu.
W restauracji przydrożnej w Dilijan jemy po królewsku, jajka, grzyby, sałatki - cud, miód i orzeszki, tylko humory nie te, żal nam się rozstawać.

Kropi deszcz, na środku ruchliwej, jak na tamte strony, drogi siedzi szczeniak, grzebiący w reklamówce. Nikt nie zwalnia. Oprócz Srebrnej, która zabiera go na pobocze i tam daje mu zabrane z obiadu kości, prosząc jednocześnie strażnika stojącego w bramie, by go pilnował.
Sposób traktowania zwierząt tutaj, to temat rzeka, na tyle przygnębiający, że szkoda słów. Chude krowy pogania się kamieniem, psom sprzedaje kopniaki. Bez litości.

Rozjeżdżamy się w Vanadzor, na stacji benzynowej pełnej rudych szczeniaków. Ustalamy jak mamy jechać, bo mapa jest jedna, na dodatek nie nasza. Spisuję po kolei większe miejscowości do zeszytu, mając nadzieję na kupno mapy w Turcji. I tak zaczyna się rozdział pod tytułem niepewność. Czy damy radę. I jak to będzie.
Lopez niezrażony tnie naprzód, nie zastanawia się zbytnio, co martwi mnie jeszcze bardziej. Moja biedna głowa. W końcu odganiam strach, bo co ma być, będzie i tak i szkoda czasu na gdybanie.
Nad głowami odbywa się spektakl chmur, Armenia nas głaszcze pożegnalnie.

Dojeżdżamy bez mapy do Gyumri i robimy zakupy w podmiejskim sklepiku. Panie dwoją się i troją, żeby nam pomóc, pytanie i spojrzenie szeroko otwartych, wilgotnych oczu sprzedawczyni "czym jeszcze mogę was ugościć",głęboko mnie wzrusza. Na skrzyżowaniu pytamy o drogę na Bawrę przypadkowo spotkanego starszego pana. W rozmowie wykazuje się znajomością historii Polski i książek Lema. Na moje stwierdzenie, że jest bardzo mądry, odpowiada, że nie może być inny skoro go czytał.
Jesteśmy mile zaskoczeni, wymieniamy maile, lecz z zaproszenia do domu skorzystać nie chcemy. Woła nas dzikość serca i cheć spędzenia nocy w górach. Znajdujemy wspaniałe miejsce na wyżynie, z której wyłaniają się masywy górskie, rozświetlone światłem księżyca. Podziwiamy cud świata pijąc lodowate piwo z lokalnego browaru.



Wyświetl większą mapę

czwartek, 7 listopada 2013

Harichavang - Jezioro Sewan, 280 km, 18.07.2013 r.

Rześki poranek. Powoli zbieramy się spod drzwi domu pielgrzyma. Kobiety jakieś przyszły sprzątać, patrzą na nas, jakbyśmy byli niewidzialni. Zwijamy powoli nasze maty, śpiwory, syczy gaz w palniku, wreszcie pachnie kawa. Później przechodzimy przez bramę prowadzącą do klasztoru i kościoła. Panuje tu cisza. Po rzeźbionych chaczkarach przemykają ciepłolubne jaszczurki. Robimy te same zdjęcia na trzy aparaty. Świszczy wiatr, omiata czerwone ściany monastyru, szeptem tysięcy modlitw kołyszą się trawy wyrosłe między kamieniami.



Wyrwana z błogostanu smsem z Polski tracę humor i chce mi się płakać, nie czas jednak na to, bo i tak nic nie zmienię. Zastanawiamy się co zrobić z tym wyczekiwanym plackiem, który upieczony dymi na stole. Tyle czekania. Spełnienie marzeń. I nie wiadomo, jeść go, czy czekać jeszcze, wąchać na tyle długo, by wbił się w pamięć na zawsze, czy połknąć. Srebrna czyta przewodnik. Mamy tyle możliwości...Na stoku Aragacu znajduje się obserwatorium astrofizyczne. Marzy nam się wbić na szczyt tego starowulkanu, ale ciążą nam dwie maszyny, których nijak nie można zostawić. Postanawiam wrócić tu na piechotę, łazić i móc nawiązywać znajomości z Ormianami. Na razie wstęp zrobili dobry, nie zjedli nas pod klasztorem, jednak o stosunkach przyjacielskich nie może być mowy.

W sklepie kupuję paluszki do aparatu. Są skąpane w starości i nie działają. Lubisz to. Historia.

Mijani po drodze ludzie patrzą na nas ponuro, w oczach błyskają im widły. Jak bardzo różni to Armenię od Gruzji. Gdybym nie wiedziała o milionach zamordowanych, latach prześladowań, przypisałabym im nierozważnie wrogość. Jakie sarkofagi! Cmentarz w środku mijanej w drodze do Alagyaz wioski daje pewność, że nikt tu nie zmartwychwstanie. Ogrom kamiennego przytłoczenia i jednocześnie pamiątka na wieki, znak przeszłości.

W drodze rozglądam się na wszystkie strony, kręcę swój film, który zarchiwizuję w głowie do końca życia. Tylko nie bardzo jest co filmować...Śmieję się znowu z powiedzonka, którym raczyli nas Gruzini: Do Armenii jedziecie? A PO CO? Tam tylko kamienie i Ormiańce. Coś w tym jest, ale o jednym zapomnieli. Przestrzeń. A w powietrzu duchy królestwa Urartu.
Jest coraz bardziej gorąco, słabnie nam zapał do zwiedzania na tyle, że w mijanym Eczmiadzynie nie umiemy, lub nam się nie chce, znaleźć siedziby Katolikosa. Tzn. wydaje nam się, że ją mijamy, ale ciśnienia, by ją zobaczyć, nie ma. Na drodze stoi zepsute auto, naprawiane bez potrzeby holowania gdzie indziej. Troszkę się kręcimy, bo chcemy minąć stolicę opłotkami. Na stacji jemy lody i spotykamy Ormianina biegle mówiącego po...polsku. Pracował w Bielsku. Mówi, że do Garni, gdzie koniecznie chcę dotrzeć, nie ma innej drogi niż przez Yerevan. A mieliśmy tam nie jechać, bo upał.
Patrzę na miasto oczami Romualda Karasia, autora świetnej, choć już nieco przestarzałej książki o Armenii "Szukam Raju". Mijana po drodze fabryka NOJ budzi niejasną tęsknotę za złotym pięciogwiazdkowym płynem i mimo możliwości zwiedzania, chcemy wiać, wiać ze skwaru i spalin na rzecz spokojnego szumu wiatru w pobliskich górach.

Garni kusi mnie hellenistyczną świątynią, magicznymi, bazaltowymi skałami w wąwozie, wreszcie mostem, malowniczo wygiętym nad potokiem. I o ile pierwsze dwie atrakcje dają poczucie, że "osiągłam, co pragłam", most zawodzi, a dusza ma łka, że przez nieudaną konserwację stracił całe, nawarstwione czasem, piękno.

Na placu przed kasami biletowymi do Garni Temple stoją babuszki ze swojskimi przetworami - u nas takich nie uświadczysz, choć pewnie możnaby było je zrobić. Na przykład zielone orzechy, pakowane jak śliwki w słodką zalewę, wódka z morwy - TUTOWKA, dżemy z róży, suszone na słońcu i zwinięte w rulony rozgniecione owoce (taki suszony dżem), zalewane syropem winogronowym orzechy, w długaśnych pałkach i wino z granatów.


W drodze powrotnej z kanionu spotykamy dwóch kolesi, którzy dziwnie znajomo wyglądają. Wiadomo, przylecieli z Polski, tanimi lotami z Katowic do Kutaisi w Gruzji, później marszrutką przybyli do Erewania. Rozmawiamy chwilę o ich czteromiesięcznej wędrówce po Armenii, spotykanych ludziach, klimatach, wartych do ujrzenia zakamarkach. Są często pytani o to, kto im kazał tu przyjechać i kto im za to płaci. Wprost niepojęte, że Armenię się chce zobaczyć.

Skoro już tu jesteśmy, to pojedźmy do Geghard, mówi Waldek i za te słowa wiszę mu dozgonną wdzięczność, bo dane mi było wreszcie ujrzeć to, co śniło mi się po nocach i zmaterializować swoje wyobrażenie o krainie przodków. To właśnie do Geghard zatargałam różaniec, kupiony w tej intencji we Lwowie, w ormiańskiej katedrze. W sumie mogłam go zostawić w jednej z kaplic kościoła.
Ale zanim wejdziemy ze Srebrną do środka, odbijam kilka kroków w bok, po kamiennych schodach, do wydrążonych w skale pomieszczeń, podobnych do tych w gruzińskiej Wardzi. Jestem sama, gwar zwiedzających ucichł by jeszcze wyraźniej usłyszeć szelest przesuwającego się pomiędzy moimi stopami, zielonego węża.


Potem wsiadamy na motocykle, które wariują i wierzgają z powodu zbyt długaśnej przerwy w podróży. Chłopakom odwijają się nadgarstki i chusty na szyjach furkoczą nam jak oszalałe. Policja mijana po drodze nie może zareagować, tym bardziej nas dogonić. Jedziemy nad Sewan, niezwykłe jezioro nazywane jednym z trzech mórz Armenii.
Chwilę szukamy odpowiedniego miejsca i osiadamy na brzegu pośród niemożliwych hałd ludzkich śmieci. Plastikowe talerzyki zmiksowane z butelkami po wódce, okraszone pampersem i czym tam jeszcze by się chciało. Chodzimy i zbieramy do worków te cuda żeby choć skrawek przestrzeni wygospodarować i mieć poczucie piękna nieskażonego.
Gdy namioty, schowane w szuwarach, są rozstawione, jemy kolację i mamy możliwość zaobserwować największe żaby, jakie udało nam się spotkać. Bez żenady podłazi toto do miski, a smyrane po paszczy zielskiem, wcale nie ma chęci odejść i atakuje. Niesamowite żaby popromiene, na wysokości 1916 m n.p.m., bo tak wysoko położone jest jezioro Sewan. Wieje wiatr gdzieś znad gór, gdzieś znad Górskiego Karabachu.



Wyświetl większą mapę