czwartek, 9 stycznia 2014

Początek końca: zza Gyumri za Sarikamis (Turcja) 20.07.2013 r. 409 km

Budzimy się wcześnie rano, rozchylamy poły namiotu i oczom naszym ukazuje się bezkres. Niesamowicie odległy horyzont sprawia, że chce się rozłożyć ręce i lecieć. Gapimy się po prostu w dal i przejmująco jest, dziko jest, a i smutno jest, że musimy Armenię pożegnać. Jednocześnie coś w głowie nakazuje pozbierać zabawki i ruszać. Wytrzepać spod powiek piasek. Strach zwinąć jak kartkę papieru i wyrzucić. Chodzę po łące i zbieram kilka kwiatków, są żółtawe i przypominają szyszki chmielu. Dam je w domu Anecie za pomoc w okiełznaniu psów, kotów, oswojeniu domu na własne wakacyjne potrzeby.
W pewnym momencie nadchodzi człowiek. Jego obecność wzbudza w nas lekkie niedowierzanie, skąd przybył? Mężczyzna w białej koszuli z krótkim rękawkiem, dość elegancki, jakby szedł do kościoła, bez żadnego bagażu, kłania nam się i mówi coś o świeżym powietrzu. Wcale go nie dziwi nasz widok. Znika równie nagle, jak przybył.

Ruszamy w kierunku Bawry tą samą drogą, którą jechaliśmy ze Srebrnymi, nie ma przecież możliwości przekroczenia granicy armeńsko - tureckiej, bo oba kraje są od dawna w stanie wojennej nienawiści. Przed nami obładowana melonami wołga. Ormiański kierowca jedzie na gruziński targ, by sprzedać owoce gruzińskim Ormianom. Fajnie. Na granicy nie ma tłumów, ale jakiś nadęty ojciec rodziny uznaje, że mu się nie podobamy, że zajechaliśmy mu drogę. Gdyby mógł, pewnie pacnąłby nas w tył...Jego żona jakaś taka wydygana, a na mnie złość działa przewrotnie i zęby szczerzą mi się w uśmiechu.
Znowu przejeżdżamy przez wioski z suszącym się obornikiem i dachami wykonanymi z belek i ułożonych kostek z krowich placków. Powtarza się to potem i w Gruzji i części Turcji. Zastanawiamy się, czy to suszenie obornika nie jest tradycją Ormian, którzy - wg opowieści spotkanego w Gyumri Darayana Horhannesa - rozproszeni są po całym świecie, a terytorium dawnej Armenii, okrojone przez Stalina, sięga za granice współczesne, czyli część Gruzji i Turcji właśnie.

Później, po bezproblemowym przekroczeniu granicy, mijamy pierwsze zakurzone zabudowania Akhalkalaki. Spotkany poprzednio sprzedawca na targu mówi nam, że granica gruzińsko - turecka w Aktas jest "zawrzena". To też objaw odwiecznego konfliktu. Radzi nam, byśmy pojechali do Vale. Tak też robimy, ale przed wyjazdem snujemy się jeszcze po miasteczku, jakby coś nas tu trzymało. Kawka, gadka szmatka, zaglądanie ludziom w twarze i w witryny sklepów, pałętanie się i drobne zakupy. Pytam o ser. Tak! Ja cię zaprowadzę do miejsca, gdzie sprzedają ser! Sprzedawca opuszcza stragan i pokazuje na sklep, w którym za szybką, jakby nigdy nic leży...Ser Babuni, made in Poland.

Czas na nas. Jedziemy i mijamy te same miejsca co w środę, w zakolu rzeki Mtkvari zatrzymujemy się na mały postój. Później kierujemy się w kierunku granicy. Powolutku omijamy ciąg tirów z kosmicznymi rejestracjami z Iranu - kolejne niewiarygodne pismo, po armeńskim i gruzińskim. Na dywanikach kolorowych, pozawijani w luźne szmatki, siedzą kierowcy. I grają w karty, lub piją herbatkę. Smagli i dzicy.
Chwilę czekamy, a celnik mówi, że jest problem. Czy rozmawiamy po rosyjsku? Niet. A po angielsku? No. A, no to jedźcie, mówi i ruszamy, chociaż doskonale wiemy to, co i on wie, o nie zapłaconych bramkach na autostradzie biegnącej przez Istambuł.


Pojawiają się wieżyczki minaretów, teren jest mocno pokręcony i śliczny jak na obrazku. Wspinamy się na wysokośc 2550 m n.p.m. i ogarnia nas dziki zachwyt. Słonko świeci, jest ciepło, tylko nad moją głową wisi czarna chmura. To wielki brak mapy. Pewnie, że spisałam kilka tureckich miasteczek do zeszytu, w których "na pewno" dostaniemy mapę Turcji, ale problem pojawia się w momencie dwóch kierunkowskazów na Kars - każdy w inną stronę. Jedziemy na czuja, patrząc na zachodzące słońce. Próba odpalenia GPS spełza na niczym, nikt nas nie rozumie, a próba dogadania się na migi z obsługą stacji benzynowej doprowadza mnie do furii. Każdy wyrywa mi z rąk atlas Europy, zakończony na dumnym Istambule, kiwają głowami i szukają nam miejsca w którym jesteśmy, w pięknej i odległej Azji. Lubię wszelkie nacje, ale tutejsza turecka doprowadza mnie do wrzenia. Pokazuję GPS, mapę, tłumaczę na migi ciąg dalszy, rysuję nitkę butem na asfalcie, kręcę się w kółko, ręce mnie bolą i w końcu jest! Wychodzi długi, starszy Turek - szef stacji, wsiada do busa i pokazuje, byśmy jechali za nim. Jedna uliczka, druga, trzecia, kółeczko, w poprzek, znowu w lewo-prawo i jesteśmy. Rozpromieniony Turek woła głośno OTEL! Jakby robił pabam, oto mam dla was hotel, którego przecież szukaliście. Wykrzywiam twarz w grymasie uśmiechu i ślicznie dziękuję. A idź ty w czierematery, kołku. Teraz wyjechać. Miasto jest napchane kręcącymi się ludźmi, powoli zamykają sklepy i wizja poszukiwanej przez nas księgarni rozmywa się coraz bardziej. Na balkonach wiszą dywany, dzieciaki, ciuchy, jest głośno, ruchliwie i nie do zniesienia. Miasto szczurów.

Pokazuję kierunki, złość mnie niesie, byle się stąd wydostać. Przez zatłoczone uliczki udaje się nam się to w końcu i lecimy wg rozpiski dalej. Gdy się ściemnia, znajdujemy nocleg w lesie, a strach mapowy przybiera postać niedźwiedzia szeleszczącego w ściółce między drzewami.



Wyświetl większą mapę