Pobudka jest wyśmienita. Skały trzeszczą kręgosłupami nagrzanych słońcem gadów, zaczyna się robić czerwono i soczyście, krew w żyłach bulgocze jak woda rzeki Mtkvari, z której wyskakują nad powierzchnię ryby. Ptaszydła kołują, mijają nas Polacy, świt jest żółty, rozedrgany, a my jedziemy wzdłuż doliny. Stopniowane zbocza, ślady po starych winnicach, kamiene domy. Ruiny zamku w Khertvisi. W drodze do Wardzi - magicznego, wydrążonego w skale miasta.
Jak bardzo musieli się bać, że budowali domy pod ziemią i jednocześnie na niedostępnej wyżynie. Ile czasu siedzieli w ciemności. Kim byli. Odsłonięte jakimś ruchem ziemi korytarze, ukazują światu freski, komory na amfory, głębokie studnie. Wyłuskane w tufie półeczki. Naskalne chaczkary. Cały kościół w końcu. Dopracowany i ciemny, osmalony obrzędami.
Na parkingu spotykamy, że tak powiem, Wojskiego. Przemieszcza się z żoną pół roku po ziemiach gruzińskich, pozostałe pół roku mieszka w bloku. Nie, wiadomo, że nie, lecz nieistotne. Pan Wojski niby stary, ale pierś pręży dumnie. Ogląda z nami mapę, opowiada o swojej lodówce i innych wygodach. Stają mi przed oczami dyndające sandałki Srebrnej i pobrzękujące, metalowe kubki. Robi mi się wesoło.
Dalsza droga otwiera się przed nami na Armenię. Już blisko do Akhalkalaki * różnie to można wymawiać, Alakalaki, Lakikalaki, Alkalakaki, dowolnie.
Miasta w Gruzji, co prawda, ale już nie w Gruzji. Mieszkają tu pierwsi Ormianie, z którymi mamy rodzinny i pomocny kontakt. Oczywiście pod sklepem. A raczej na skaraju targu. Niedaleko piekarni i fotografa. Jak żałuję, że nie zrobiliśmy sobie zdjęcia w tym zakładzie. Za to piec w piekarni, typowy tonir, mamy okazję zobaczyć i chleba z niego skosztować.
Kolejnym ważnym punktem programu jest arbuz. Rozkładamy proste przedmioty w otoczeniu motocykla, troszkę cienia tu jest i świetny widok na gwarny pasaż, pomiędzy pomarańczowymi straganami. Kroi Waldemar, mistrz cięcia wzdłuż. W kucki jesteśmy obserwowani i zaakceptowani. Ludzie nie przejmują się naszą obecnością i wzajemnie. Chociaż nie. Cieszy każdy uśmiech, każde machnięcie rękami koło tablic z napisem PL. Przejeżdża autobus z Zagrzebia, przewodnik przez mikrofon wita nas hymnem Jeszcze Polska nie zginęła, a dziesiątki dłoni machają nam ze środka. Alakalaki nas kocha. Zagrzeb nas kocha. Jest świetnie.
Zaczyna wiać. Kierujemy się, tak jak chorwacki autokar, na Ninotsmindę. Docierając do kolejnych siół opada mi szczęka i zatrzymujemy się bezwiednie, bo krajobraz radykalnie się zmienia. Niskie kamienne ściany są pokryte płaskimi, obrośniętymi zielskiem dachami, a na podwórkach piętrzą się plastry jakby torfu. Tylko zapach znany, przybliża nam wspomnienie pięknej polskiej wsi i ciepłego placka na łące.
Biegnie za nami koń. Na koniu wyrostek, który podjechał nas obejrzeć. Czy to Mongolia? Wieje znad stepu i otwiera się przestrzeń. Jedziemy i wąchamy ją, sięgamy daleko rękami przed siebie a bezkres dodaje nam skrzydeł. Droga nagle wpada do blaszanej puszki, gdzie mijamy z powagą granicę, chłopaki skanują nas i paszporty.
Potem wyjazd spod bramek, punkt apteczny w Bavrze i dwie piguły, którym brakuje tylko wielkich, szklanych strzykawek. Przeraźliwe piguły ze złego snu każdego dziecka. Daj pośladek! Śmiejemy się na ich widok i tak antyseptycznie wita nas Armenia.
Moja wielka marzenia. Chłonę każdy kamień na drodze, a jest tak, jak przewidział sklepikarz w Alkaklakaki - kupa kamieni i Ormiańce. Trzeba było wierzyć człowiekowi - zaczynam się głupawo śmiać. I z każdym podskokiem na siodle śmieję się coraz mocniej. Mijamy najpiękniejszą pustkę, jaką zdarzyło mi się dotknąć oczami, jestem oszołomiona dalą i głupawką. Podryguję tak do kolejnych, mijanych po drodze elementów krajobrazu, w końcu do miasta, reklamy Snickersa, ronda z wielkim łukiem. I do kantoru.
- Czencz mani? Razmienitie diengi? Fajnie jest nie znać języków. Uczynny przechodzień powtarza w kółko jeloł, pokazuje przy tym palcem w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Wydaje nam się, że chodzi o sporych rozmiarów budynek, ale nie, facet krzyczy do nas, że nie tam, że mamy pójść do niego! Tego gościa, co stoi na rogu ronda (!),w żółtej koszuli! Po krótkim targu kantor wymienia nam dolce na rupensy armeńskie, bo z nadmiaru nazw własnych pieniądza, każdy z nich stał się rupensem.
Śmiech wyciska mi łzy, prycham w sklepie i prycham na Gucia z Italii, który już czwarty miesiąc jeździ na dwuśladzie po tym pięknym kraju. Wskazuje nam południe, że warto, że Polaków spotkał na beemach, że co za kraj ta Polonia, tylu motocyklistów mamy i jeszcze ubranych! Śmiać nam się chce, bo niby chwaląc, Włoch pokazuje swe zdziwienie, że nie nosimy baranich skór.
Pozdrawiamy Gucia i ruszamy szukać noclegu, który marzy mi się na mapie w okolicach Aragacu, na dodatek chcę zobaczyć monastyr. Trochę napieram, że na pewno będzie świetnie, chociaż reszta ekipy powątpiewa momentami, czy bezpiecznie będzie się wbijać do miejscowości.
Jadąc do Artik majaczy przed nami zaczarowana, czterogłowa góra Aragac. I tylko ten jeden raz możemy ją ujrzeć, w tym krótkim, wieczornym olśnieniu zachodzącym słońcem. Koślawo, z ręką podrygującą na ramieniu Jacka, staram się go złapać. Docieramy do miasteczka zmęczeni wrażeniami i zmarznięci, kręcimy się w poszukiwaniu wyjazdu. Oglądamy łady z przyciemnionymi szybami - szczyt mody i w końcu pytamy o drogę. Ale kogo! Policja armeńska czerpiąc z wzorów rosyjskich sprzymierzeńców, czapki ma o średnicy małego sombrero. Miło się gawędzi, choć nie wiadomo w jakim języku:)
Mijamy grupkę wyrostków, patrzą obco i straszno. Lecz jedziemy uliczką coraz wyżej, pomiędzy niskimi, kamiennymi domami, kolorem wpadającymi w brudny róż, z gładko ciętych brył tufu wulkanicznego.
Monastyr jest na końcu. Zatrzymujemy się koło sklepu i rozglądamy co i jak, przez wąska furtę wychodzi do nas przykurczony mężczyzna ze skrętem w palcach. Uśmiecha się szeroko i zapraszająco. Mamy się nie bać, gdyż on tu jest ochroniarzem.
Wychodzi też ormiański zakonnik i nie trybi nic. O ruskim zapomnij. O angielskim zapomnij. Wieje chłodem. Co jest, u diabła? Czemu tyle w nim rezerwy?
Wolimy ochroniarza, pokazuje wokół ręką, jesteśmy na rozległym, zachwaszczonym dziedzińcu, tuż pod klasztorem w Harichavank. Możemy zamieszkać.
Wybieramy sobie wąskie przejście do bocznych drzwi domu pielgrzyma , zamkniętych na cztery spusty. Ustawiamy motocykle, rozkładamy maty pod dachem, gdy nadchodzi. W koszulce siatkowej na ramiączkach, czerwonoskóry, pijany jak stodoła żul. Tłumaczy, że odda nam swój pokój i nie będzie nam przeszkadzał. Tam, gdzie pali się światło.
Z dziką fantazją zajeżdża też motocykl z wózkiem prowadzony przez lokalnego rajdersa. O mały włos nie wyrobiłby na zakręcie. A my idziemy, lecz nie chcemy tej gościny, tłumaczę jak umiem, że boimy się o motory. Myję później pomidory w wodotrysku na terenie klasztornym. Prowadzi mnie do niego przez bramę inny Ormianin z grupki, która w ciemności pali papierosy. Nie boję się ich już. Jestem przekonana o dobrych zamiarach tych głęboko zranionych okropną historią ludzi, a spotkany żul ma w sobie większe serce niż pasione przez gosposię serce mnicha z monastyru. Pomidor wpada mi do odpływu, boję się włożyć do niego rękę. Mam nadzieję, że nie zatkam im rurki.
Po kolacji serowo-pomidorowo-paprycznej nie mogę spać. Rozgwieżdżone niebo nad Armenią. Plackiem leżę na macie i słucham. Biega pies, trzepocze foliowa torba. Jestem.
Wyświetl większą mapę