Budzimy się rano i mamy możliwość odmoczenia się w prawdziwej łazience, mydło nie koleboce się na baku, a do pryszcza nie trzeba się wyginać. Po tygodniu jest to niewątpliwa przyjemność. Ciuchy puszczają cały brud, miarowo wydeptywany stopami, piana z szarej powolutku robi się biała.
Odmoczeni i pachnący atakujemy, sukienki powiewają, aparaty dyndają. A miasto budzi się do życia. Początkowo idziemy uliczką, przy której z obu stron ciągną się jedno-dwu piętrowe domy, kryjące w swych podwórkach rozpiętą winorośl. Szare tynki lekko odchodzą, jest dość sowiecko w wystroju, ale wraz z pierwszymi palmami przecieka południowy klimacik. Na rogu kupujemy po ogromnej, kosmatej brzoskwini, która w połączeniu z przyjętą wcześniej zupką chińską wypełnia nas całkowicie. A szkoda, bo lokalna restauracja, gdzie obowiązkowo zaglądamy na kawę (wreszcie taką jak ma być, po turecku) nęci przysmakami i koniec końców kupujemy chaczapuri, bakłażany z pastą czosnkowo-serowo-orzechową i soljankę. Chaczapuri niby proste, a robi na mnie wspaniałe wrażenie, obiecuję sobie, że zrobię.
Jest coraz cieplej, marzy nam się pełne zanurzenie. Idziemy nad morze, mijamy bezdomnego i gości z Sheratonu, bieda łączy się z bogactwem, style architektoniczne tworzą mozaikę starego z nowym, piękne, zaniedbane lub nie kamieniczki, obok socrealistyczne bloki i nowoczesne, wypasione i bezgustowne drapacze chmur. Jest wszystko. Łącznie ze złotą karuzelą zawieszoną w przestworzach.
Cieszy oko roślinność, południowa, ciepłolubna, wciskająca się pomiędzy cegły, oplatająca balkony. Podziwiam paprotki, które wyległy ze skrzynek, kiwi dyndające na płocie, figę z makiem. Taka wędrówka po Batumi to niezła rzecz, oglądamy pamiątki w sklepach, by żadnej nie kupić, podziwiamy bezpańskiego złachanego kocura, omijamy obojętnie "najpiękniejszy zakątek miasta" który nie robi na nas żadnego wrażenia, zaglądamy w podwórka dzielnicy tureckiej, pijemy kolejna kawę i tak nam leci beztrosko czas.
Troszkę zwiedzamy - zabytki zabytkami, ale największe wrażenie robi na nas chacha tower. Położona nad brzegiem morza, nieopodal małej przystani budowla, z zamontowanymi czterema słupkami. W słupkach wycięte są otwory do których wkłada się kubeczki. Zegar wybija dziewiętnastą i z rureczki, do kubeczka spływa najprawdziwsza czacza, czyli gruziński bimber. Ciece toto przez bite 15 min. i cieszy turystów. Nie załapaliśmy się na ową magiczną chwilę, ale z tego co opowiadali nam miejscowi, nikt się pod fontanną nie zabija, tłumów sakramenckich też nie ma.
Łapie nas ospałą senność, jeszcze przed zamknięciem oczu odbieramy pozdrowienie Nawiedzonego na krzesełku turystycznym i układamy się grzecznie na skwerku przy chacha tower, by strzelić sobie drzemkę. Nikogo to nie dziwi, nikomu nie przeszkadza. Śpimy na trawniku dobre pół godziny i wreszcie korci nas ucieczka. Miasta mamy za dużo, nawet tak urczego jak Batum.
Ostatnie uściski z gospodarzami "WHY NOT" - hostelu prowadzonego przez przemiłych Polaków, ubieramy się w zbroje i mocnym popołudniem kierujemy na wschód, chcemy opuścić miasto i kontynuować podróż. Brak szumu i zmieniających się obrazów uzależnia. Tymczasem czeka nas fantastyczne pożegnanie przez współuczestników ruchu drogowego...
Pojazdy w Gruzji są równie dziwne, co styl jazdy. Auta nie mają świateł lub części karoserii, a reguły poruszania się po drodze są mocno nieokreślone. Jedziemy wśród setki tąbiących samochodów, nie wiadomo, czy robimy coś źle, czy nas pozdrawiają...Ale sądząc po roześmianych twarzach wychodzi, że to drugie. Szczerzę się spod podniesionej przyłbicy i macham do upchanych pasażerów.
Ostatnia prosta. Podziwiam drzewa przydrożne o których dotąd nie słyszałam, lub spałam na tej lekcji. To coś, jak skrzyżowanie wierzby z jesionem, liście dość wąskie, z szarawym nalotem. Zwraca uwagę rysunek kory, drzewa wyraźnie są poskręcane, a kora zwisa z nich płatami włókien. Dziwadła takie.
Jedziemy w kierunku Kedy. Na drodze coraz weselej i tłoczniej, bo spaceruje po niej cała arka Noego. Krowy spokojnie przeżuwają trawę ze żwacza na samym środku asfaltu. Omijają je rozpędzone łady, trąbiące ciężarówki. Wzbudza to we mnie coraz większą wesołość.
Droga wije się doliną nadrzeczną, skały coraz wyżej nad głowami, ale w przeciwieństwie do Turcji, jest zielono jak w dżungli. Wszystko spowija soczysta zieloność. Skuszeni ładnym widoczkiem zatrzymujemy się w przydrożnej knajpce, gdzie jesteśmy bardzo miło przyjęci. Obsługujące nas dziewczyny dwoją się i troją, by przygotować nam kolację, gospodarz kontroluje bystrym okiem czy czegoś nam nie brakuje, polewa czaczy a w końcu kabluje na Waldka że ma kierować, a chłopy go na wódkę ciągną... Zabawa się rozkręca, pół wsi chce nas przenocować, ale resztką zdrowego rozsądku postanawiamy zwiać, jeśli jeszcze kiedykolwiek zamierzamy stąd wyjechać...
Noclegu szukamy nad rzeką. Małe pastwisko nieopodal drogi jest ukryte za pasem krzewów i drzew. Pionowe skały porośnięte paprociami są schronieniem dla ptaszydeł, którym noc nie przeszkadza w wydawaniu rozmaitych wrzasków. Cieszymy się życiem nomadów i wspominamy co lepsze kawałki dnia, sypiemy wrażaniami i co rusz wybuchamy śmiechem. Jak łatwo energię słoneczną ratyfikować z winogron gruzińskich.