Rześki poranek. Powoli zbieramy się spod drzwi domu pielgrzyma. Kobiety jakieś przyszły sprzątać, patrzą na nas, jakbyśmy byli niewidzialni. Zwijamy powoli nasze maty, śpiwory, syczy gaz w palniku, wreszcie pachnie kawa. Później przechodzimy przez bramę prowadzącą do klasztoru i kościoła. Panuje tu cisza. Po rzeźbionych chaczkarach przemykają ciepłolubne jaszczurki. Robimy te same zdjęcia na trzy aparaty. Świszczy wiatr, omiata czerwone ściany monastyru, szeptem tysięcy modlitw kołyszą się trawy wyrosłe między kamieniami.
Wyrwana z błogostanu smsem z Polski tracę humor i chce mi się płakać, nie czas jednak na to, bo i tak nic nie zmienię. Zastanawiamy się co zrobić z tym wyczekiwanym plackiem, który upieczony dymi na stole. Tyle czekania. Spełnienie marzeń. I nie wiadomo, jeść go, czy czekać jeszcze, wąchać na tyle długo, by wbił się w pamięć na zawsze, czy połknąć. Srebrna czyta przewodnik. Mamy tyle możliwości...Na stoku Aragacu znajduje się obserwatorium astrofizyczne. Marzy nam się wbić na szczyt tego starowulkanu, ale ciążą nam dwie maszyny, których nijak nie można zostawić. Postanawiam wrócić tu na piechotę, łazić i móc nawiązywać znajomości z Ormianami. Na razie wstęp zrobili dobry, nie zjedli nas pod klasztorem, jednak o stosunkach przyjacielskich nie może być mowy.
W sklepie kupuję paluszki do aparatu. Są skąpane w starości i nie działają. Lubisz to. Historia.
Mijani po drodze ludzie patrzą na nas ponuro, w oczach błyskają im widły. Jak bardzo różni to Armenię od Gruzji. Gdybym nie wiedziała o milionach zamordowanych, latach prześladowań, przypisałabym im nierozważnie wrogość. Jakie sarkofagi! Cmentarz w środku mijanej w drodze do Alagyaz wioski daje pewność, że nikt tu nie zmartwychwstanie. Ogrom kamiennego przytłoczenia i jednocześnie pamiątka na wieki, znak przeszłości.
W drodze rozglądam się na wszystkie strony, kręcę swój film, który zarchiwizuję w głowie do końca życia. Tylko nie bardzo jest co filmować...Śmieję się znowu z powiedzonka, którym raczyli nas Gruzini: Do Armenii jedziecie? A PO CO? Tam tylko kamienie i Ormiańce. Coś w tym jest, ale o jednym zapomnieli. Przestrzeń. A w powietrzu duchy królestwa Urartu.
Jest coraz bardziej gorąco, słabnie nam zapał do zwiedzania na tyle, że w mijanym Eczmiadzynie nie umiemy, lub nam się nie chce, znaleźć siedziby Katolikosa. Tzn. wydaje nam się, że ją mijamy, ale ciśnienia, by ją zobaczyć, nie ma. Na drodze stoi zepsute auto, naprawiane bez potrzeby holowania gdzie indziej. Troszkę się kręcimy, bo chcemy minąć stolicę opłotkami. Na stacji jemy lody i spotykamy Ormianina biegle mówiącego po...polsku. Pracował w Bielsku. Mówi, że do Garni, gdzie koniecznie chcę dotrzeć, nie ma innej drogi niż przez Yerevan. A mieliśmy tam nie jechać, bo upał.
Patrzę na miasto oczami Romualda Karasia, autora świetnej, choć już nieco przestarzałej książki o Armenii "Szukam Raju". Mijana po drodze fabryka NOJ budzi niejasną tęsknotę za złotym pięciogwiazdkowym płynem i mimo możliwości zwiedzania, chcemy wiać, wiać ze skwaru i spalin na rzecz spokojnego szumu wiatru w pobliskich górach.
Garni kusi mnie hellenistyczną świątynią, magicznymi, bazaltowymi skałami w wąwozie, wreszcie mostem, malowniczo wygiętym nad potokiem. I o ile pierwsze dwie atrakcje dają poczucie, że "osiągłam, co pragłam", most zawodzi, a dusza ma łka, że przez nieudaną konserwację stracił całe, nawarstwione czasem, piękno.
Na placu przed kasami biletowymi do Garni Temple stoją babuszki ze swojskimi przetworami - u nas takich nie uświadczysz, choć pewnie możnaby było je zrobić. Na przykład zielone orzechy, pakowane jak śliwki w słodką zalewę, wódka z morwy - TUTOWKA, dżemy z róży, suszone na słońcu i zwinięte w rulony rozgniecione owoce (taki suszony dżem), zalewane syropem winogronowym orzechy, w długaśnych pałkach i wino z granatów.
W drodze powrotnej z kanionu spotykamy dwóch kolesi, którzy dziwnie znajomo wyglądają. Wiadomo, przylecieli z Polski, tanimi lotami z Katowic do Kutaisi w Gruzji, później marszrutką przybyli do Erewania. Rozmawiamy chwilę o ich czteromiesięcznej wędrówce po Armenii, spotykanych ludziach, klimatach, wartych do ujrzenia zakamarkach. Są często pytani o to, kto im kazał tu przyjechać i kto im za to płaci. Wprost niepojęte, że Armenię się chce zobaczyć.
Skoro już tu jesteśmy, to pojedźmy do Geghard, mówi Waldek i za te słowa wiszę mu dozgonną wdzięczność, bo dane mi było wreszcie ujrzeć to, co śniło mi się po nocach i zmaterializować swoje wyobrażenie o krainie przodków. To właśnie do Geghard zatargałam różaniec, kupiony w tej intencji we Lwowie, w ormiańskiej katedrze. W sumie mogłam go zostawić w jednej z kaplic kościoła.
Ale zanim wejdziemy ze Srebrną do środka, odbijam kilka kroków w bok, po kamiennych schodach, do wydrążonych w skale pomieszczeń, podobnych do tych w gruzińskiej Wardzi. Jestem sama, gwar zwiedzających ucichł by jeszcze wyraźniej usłyszeć szelest przesuwającego się pomiędzy moimi stopami, zielonego węża.
Potem wsiadamy na motocykle, które wariują i wierzgają z powodu zbyt długaśnej przerwy w podróży. Chłopakom odwijają się nadgarstki i chusty na szyjach furkoczą nam jak oszalałe. Policja mijana po drodze nie może zareagować, tym bardziej nas dogonić. Jedziemy nad Sewan, niezwykłe jezioro nazywane jednym z trzech mórz Armenii.
Chwilę szukamy odpowiedniego miejsca i osiadamy na brzegu pośród niemożliwych hałd ludzkich śmieci. Plastikowe talerzyki zmiksowane z butelkami po wódce, okraszone pampersem i czym tam jeszcze by się chciało. Chodzimy i zbieramy do worków te cuda żeby choć skrawek przestrzeni wygospodarować i mieć poczucie piękna nieskażonego.
Gdy namioty, schowane w szuwarach, są rozstawione, jemy kolację i mamy możliwość zaobserwować największe żaby, jakie udało nam się spotkać. Bez żenady podłazi toto do miski, a smyrane po paszczy zielskiem, wcale nie ma chęci odejść i atakuje. Niesamowite żaby popromiene, na wysokości 1916 m n.p.m., bo tak wysoko położone jest jezioro Sewan. Wieje wiatr gdzieś znad gór, gdzieś znad Górskiego Karabachu.
Wyświetl większą mapę